Madera – dlaczego warto wybrać się do krainy wiecznej wiosny

Madera – dlaczego warto wybrać się do krainy wiecznej wiosny

Zastanawialiście się kiedyś gdzie na urlop zimą, by było ciepło i nie za daleko? Albo gdzie na letni odpoczynek, żeby było ładnie i nie za gorąco. By bezpiecznie było, jedzenie dobre i alkohol… ;)

Madera – portugalska wyspa (a w sumie archipelag) na Oceanie Atlantyckim – to odpowiedź nie tylko na powyższe pytania, ale i wiele więcej. Wpis ten będzie stanowił mini przewodnik po kilku miejscach, które możemy polecić by spędzić tam czas (bardzo) aktywnie.

W naszą drugą podróż na Maderę wybraliśmy się z Itaką lotem z Katowic (tak się tylko mówi, w kij daleko od Katowic to lotnisko i nie było opcji dostać się na nie inaczej niż samochodem w Nowy Rok o świcie). Pierwszy raz wybierając się tam sami poskładaliśmy sobie nieskomplikowany wyjazd: ze Stargardu do Szczecina pociągiem, ze Szczecina do Berlina „Szynefeld” busem, potem lot do Londynu (chyba Gatwick to był) i przesiadka na lot do Funchal (czyli stolicy Madery). Tam już tylko złapaliśmy autobus z lotniska do centrum i pieszo pyk do hotelu :) – proste nie?

Opcję Itaka polecamy szczerze. Polecieliśmy liniami lotniczymi Wprowadź Powietrze (google mówią, że tak się tłumaczy Enter Air) – 5 godzin, polska obsługa, więc poza grupą pijanych Rosjan tuż obok wszystko nam się podobało.

O pogodzie na wyspie: tam jest zawsze wiosna – w sensie, że ciepło, ale nie za gorąco, raz na tydzień popada, wszędzie zielono i każdy jest pozytywnie nastawiony do otoczenia. My teraz byliśmy od 1 do 8 stycznia i żałowaliśmy, że krótkich spodenek nie zabraliśmy, bo często by się przydały. Nie zapomnijcie o wygodnych butach trekkingowych, nie potrzeba takich za kostkę, ale z wytrzymałą podeszwą niejednokrotnie tak.

Tak ogólnie o hotelu to: był nim Estalagem Do Mar we wsi Sao Vicente – z każdego pokoju widok na ocean, więc jego ciągły szum wprawia w radosny nastrój, jedzenie dobre i urozmaicone. Jest dobrą  bazą wypadową do zwiedzenia, ale na pewno nie jest to hotel dla chcących spędzić w hotelu całe wakacje.

Plan nasz ułożyliśmy będąc w Polsce i okazał się niemal perfekcyjny, opiewał na zwiedzaniu wynajętym autem – tu z pomocą przyszła wypożyczalnia Guerin, jakość samochodu do ceny i obsługi doskonała, żadnych problemów czy szukania dziury w całym. Przez cały pobyt przejechaliśmy blisko 600 km. Koszt wynajmu auta + paliwa i ubezpieczenia i tak był 2 razy niższy niż jazda autobusami, które nie wszędzie docierają, a niezależność dzięki temu była bezcenna. Tanie i dobre auto namierzycie za pośrednictwem https://www.skyscanner.pl/wynajem-samochodow , no i nie zapomnijcie o wykupieniu ubezpieczenia wkładu własnego…czyli takie dopełnienie AC – duuużo taniej niż w wypożyczalni, a równie skutecznie dostaniecie je np. w https://www.worldwideinsure.com .

W dniu przybycia na wyspę zrobiliśmy obchód naszej wsi i najbliższej okolicy … jest tu ładnie, kilka sklepów, restauracji, muzeum wulkaniczne…i tyle. Pomińmy ten dzień. ;)

Estalagem do mar

Kolejnego dnia złapaliśmy autobus do Funchal – bilety 5 euro/osoba, a rozrywka jak na karuzeli. Odbiór samochodu z wypożyczalni zaplanowaliśmy na godzinę 17:00 więc do tego czasu zrobiliśmy obchód centrum stolicy. Jeżeli jesteście fanami C. Ronaldo to trafiliście do raju: muzeum C. Ronaldo, hotel C. Ronaldo, pub C. Ronaldo, restauracja C. Ronaldo, sklep z pamiątkami C. Ronaldo…wszystko w jednym miejscu – w końcu urodził się on tu po sąsiedzku.

Czego nie polecamy w Funchal: ryneczek Mercado dos Lavradores – pooglądać tak, kupować stanowcze NIE. Jeżeli jeszcze nie przeczytaliście opinii na TripA… czy googlach to spieszymy z wyjaśnieniem – to jedno wielkie, aczkolwiek piękne, oszustwo. Do spróbowania dostajecie owoce nie z tej ziemi, banany o smaku truskawek, mango o smaku wiśni, nawet gdybyście dostali tekturowe pudło do zjedzenia to smakowałoby wanilią i czereśniami…gdzie haczyk? Pierwszy przy kasie, dostajecie wybrane owoce zapakowane w czarny worek do którego z gracją iluzjonisty wpadają dodatkowe odważniki w postaci niezamawianych owoców (podobno nawet kamień potrafią wrzucić), więc waga rozliczeniowa staje się zaskakująca i przy cenie 20 euro/kilogram możecie zostawić tam równowartość tygodniowego wyżywienia w restauracjach. Ale jest też drugi haczyk…jeżeli jakoś przełkniecie gorzki smak rachunku, czeka Was jeszcze smakowe rozczarowanie. Wszystkie sprzedawane tam owoce smakują identycznie, coś na miarę ziemniaka który był gotowany o jakieś dwa dni za długo.

Drugi i ostatni minus przez nas napotykany (na szczęście rzadko) to zaskakujący rachunek w restauracji – np. zamówiliśmy dwa „zestawy dnia”: Espada pod bananem z frytkami. Danie palce lizać – rachunek palce obgryzać, 2,5 krotnie wyższy niż w menu – dlaczego? Do espady doniesiono nam również sałatki raz jakieś serki, no człowiek przekonany był, że to w zestawie, bo przecież nic dodatkowo nie zamówiliśmy, poza zestawem i napojem – a jednak nie, pan kelner wytłumaczył mi, że to były jego propozycje do tego dania i skoro nie odmówiliśmy po przyniesieniu no i zjedliśmy, to zostały doliczone do rachunku. Na marginesie wybraliśmy się drugi raz do tej szamo-dajni, bo rybka była prima sort i ponownie uraczono nas „propozycjami”, z których zręcznie rezygnowaliśmy i już wszystko dobrze się skończyło ;)

Funchal to także dobre jedzenie uliczne, snack bary oraz napoje z procentami i bez, tworzone od a do z w okolicy. Raczej w ciągu obu pobytów nie trafiliśmy na miejsce gdzie by nam coś nie smakowało. Ludzie są tu (jak i w sumie na całej wysepce) pozytywnie i przyjaźnie nastawieni, w większości bez problemu porozumiewają się po angielsku, ale najważniejsze to bezpieczeństwo. Przestępczość tam kończy się na nieprawidłowym parkowaniu, możecie wyjść w środku nocy na spacer ciemnymi uliczkami lub zostawić torbę w niezamkniętym samochodzie. Wygląda to jakby już wszystkich kryminalistów dawno zamknęli i na miejscu pozostali sami dobrzy ludzie ;)

Teraz czas na mniej tekstu, więcej obrazków, czyli to co lubimy najbardziej… Plan wycieczki od chwili odebrania auta:

The Cabo Girão – najwyższy, bo mierzący 580 metrów klif w Europie uraduje nasze oczy szczególnie gdy dotrzemy na niego na niedługo przed zachodem słońca. Mieści się bardzo blisko stolicy, przetestuje skutecznie nasze umiejętności prowadzenia samochodu po maderyjskich kręto-stromych uliczkach i posiada spory parking. Hasło przewodnie „tu wszędzie jest pięknie” doskonale pasuje do tego miejsca, bo nie ważne czy popatrzymy w lewo, czy w prawo czy prosto czy nawet w dół dzięki szklanej podłodze – wszędzie jest pięknie i piękne jest też zakończenie dnia w tym miejscu! :)

Kolejnego poranka wbiliśmy w nawigację hasło „naturalne baseny” (na wszelki wypadek wbijcie The natural swimming pools at Porto Moniz żeby jakiś error nie wyskoczył) i ruszyliśmy wesoło do sąsiedniej wsi. Bardzo blisko wejścia na basen wszystkie miejsca parkingowe są płatne, ale już dwie ulice wcześniej nie. Wejście na basen też jest płatne, ale dostajemy w cenie szatnie, przebieralnie i coś tam jeszcze…my na kąpiel się nie skusiliśmy, wiemy, że to tak trochę jak iść na dyskotekę i ściany podpierać, ale polecamy :)

Drugim punktem dnia był najwschodniejszy wschód – Verada da Ponta São Lourenço, z polskiego Spacer na wysunięty najbardziej na wschód punkt Madery. Atrakcją pośrednią był przejazd krętą ja makaron rozrzucony przez Magdę Gessler drogą ER101 – uznaną za jedną z najniebezpieczniejszych na świecie (chociaż można po ludzku na spokojnie przez obwodnicę Funchal).

Verada da Ponta São Lourenço jest prosta technicznie, ale pod koniec trochę kondycji wymaga…

Naszym trzecim celem tego dnia była Verada Dos Balcões – bardzo krótka, ale miła i przyjemna ścieżka do punktu widokowego z opcją pooglądania z bliska tubylczych wróbelków.

Jeżeli macie jeszcze trochę siły i ochoty, na zachód słońca polecamy jedyną na wyspie taką plażę – w sensie piaszczystą z importowanego piachu. Znajdziecie ją w miasteczku Machico.

Następny dzień śmiało dziś nazwać możemy wysiłkowym Armagedonem, bo nie ważne jaką mocą i kondycją dysponujecie, ta trasa wyciśnie z Was maksimum, a potem rozdepcze by wycisnąć jeszcze trochę. Gdyby dziś nas ktoś postawił na jej początku to…z ogromną przyjemnością przeszlibyśmy nią raz jeszcze i to nie dlatego, że jesteśmy masochistami, ale widoki, przyroda i przygoda jaka ta ścieżka stanowi są bezcenne.

Chodzi o zaliczenie dwóch najwyższych szczytów Madery – Pico do Areeiro (1817 m) oraz Pico Ruivo (1862 m). Do pierwszego z nich dojedziemy naszym pojazdem – do następnego kilka kilometrów górskiego szlaku – i to nie takiego -> w jedną stronę pod górę, a powrót z górki <- profil tej trasy doskonale opisuje kształt fali lub słowo „makabra”.

Levada Dos Cedros…to dość nudny punkt wycieczki, bez specjalnych widoków, wrażeń…turystów. Cisza niesamowita, to nam w pamięć zapadło. Dobra na wyciszenie się i na tyle nie za długa, by jeszcze coś ciekawego zobaczyć tego samego dnia…

Na drugą część tego dnia za cel wyznaczyliśmy sobie dwa punkty docelowe z jednym wspólnym startowym – choć jak później zobaczycie, z tego jednego punktu można wystartować na w sumie 4 ciekawe kierunki.

Prosto z obszernego parkingu przy drodze ER110 wyruszymy na dwie dość połączone ze sobą: Levada das 25 Fontes oraz Levada do Risco (do 25 źródeł i do Risco)

cof

Ponownie dnia kolejnego udaliśmy się na ten sam parking, by tym razem wystartować w nieco innym kierunku.

Na pierwszy ogień wybraliśmy Levada do Alecrim – idzie się dość płasko, wręcz odczuwalnie i wizualnie to jedno z najłatwiejszych Levad jakie dane nam było obejść.

W 3/4 drogi do Alecrim zejść możemy na Lagoa do Vento – w wolnym tłumaczeniu  – przeimponujący wodospad którego moc poczujemy na sobie i w sobie, bo serce zaczyna bić szybciej gdy blisko stoimy i na niego patrzymy.

Aby dzień kipiał romantyzmem do końca, na koniec dnia wybraliśmy się na zachodni koniec Madery…Latarnia Ponta do Pagro

Na zakończenie Levadowych spacerów zostawiliśmy sobie zimny prysznic … czyli Lavadę Fajã do Rodrigues, której suchą nogą nie przejdziecie. Jak już wdrapiecie się na jej oficjalny początek, to do samego końca przejdziecie baaardzo płaską ścieżką, jednak obfitą w kapiącą z góry wodę i z atrakcją super-special w postaci kilometrowego tunelu…jest to 20 min spaceru w pozycji zgiętej, aj….no i jeszcze trzeba wrócić.

Po tym wszystkim pozostało pojechać do Funchal, zatankować i oddać pojazd – poszła jeszcze sprawniej niż z wynajmowaniem, a potem już tylko spacerować po stolicy, aż przyjedzie wesoły autobus odwieźć nas do Sao Vicente.

Wrażeń i pozytywnych doznań na Maderze zaznacie tak wiele, że nie trzeba nic tu podsumowywać ponad stwierdzenie, iż Trzeba tam być :)

Zdjęcia wykonaliśmy telefonami … Huawei P20 Pro rawy i jpgi, iPhone 7

oraz aparatami Nikon d610 z sigmą 105mm oraz Sony A6000 z 24mm f2,8

 

Filled Under : Imprezy