Seszele po naszemu, czyli 11 dni w raju

Seszele po naszemu, czyli 11 dni w raju

Seszele po naszemu, czyli 11 dni w raju


Wybór miejsca na podróż poślubną przyprawił Rafałowi kilka nowych siwych włosów – szukaliśmy czegoś wyjątkowego, bez tłumów, z boskimi plażami i ciepłą wodą, bezpiecznego i również w razie potrzeby zapewniającego miejsce na wysiłek fizyczny. Rozważaliśmy Dominikanę – ale stała się zbyt popularna, tłoczna, brak ciszy i spokoju, Mauritius – ale standard hotelowo/pensjonatowy pozostawiał wiele do życzenia, Malediwy – bosko, jeżeli chcecie wyłącznie leżeć na plaży, Zanzibar i Madagaskar – jesteśmy na tak, ale w przyszłości przy innej okazji.

Pozostał tylko jeden słuszny wybór – Bora Bora – ale, że zabrakło nam jakichś 120 tysięcy  zł w portfelu, zdecydowaliśmy się na raj nr 2 – Seszele :)

Długie i często bezludne plaże z idealnie miękkim białym piaskiem, woda oceanu o niesamowitym kolorze, dżungla i spacery dające ogrom frajdy i satysfakcji z pokonywanego dystansu, sympatyczni ludzie dookoła i powietrze, które wg. amerykańskich naukowców jest najczystsze na świecie.

Minusy, na które gotowi byliśmy to ceny…zaczynając od cen wody – litr 5-6 zł, 10 zł za małe lokalne piwo w sklepie, przez ceny posiłków w restauracji – od 150 zł na osobę za coś w promocji, do cen noclegów –  od 500-1500 zł za noc w pokoju niskiej-średniej klasy do 10 tys zł i więcej za odrobinę luksusu. No i dolecieć trzeba, 5,5-6 tys zł za dwie osoby w dwie strony. My żyliśmy raczej średnio-skromnie i poza kilkoma butelkami lokalnego rumu i jedną wizytą w restauracji nie szaleliśmy, dzięki czemu koszt podróży zamknął się nam w 16 tys zł na dwie osoby, ale można spokojnie tyle wydać tam w znacznie krótszy czasie :)


Aby już dalej nie lać wody, trochę fotorelacji…95% zdjęć pochodzi z telefonu, bo nosząc cały rok aparaty, od nich też chcieliśmy odpocząć, a jak wyszło oceńcie sami :)

W skrócie nasza podróż wyglądała tak: Stargard – bus – Szczecin – bus – Berlin – samolot –  Doha – samolot-  Mahe – łódź – Praslin –  łódź-  La Digue i tak samo powrót. Nocowaliśmy na wszystkich trzech wyspach, Mahe nie zobaczyliśmy zbyt wiele, Praslin dość dość, a La Digue gdzie spędziliśmy najwięcej czasu obeszliśmy dość solidnie :)

Mahe – największa wyspa (Seszele to grupa 115 wysp pochodzenia wulkanicznego i koralowego na Oceanie Indyjskim) i stolica Seszeli Victoria.

Samochody z kierownicą po złej stronie, na Mahe nie jeździ się rowerami bo grozi to śmiercią lub trwałym kalectwem.

Market rybno-owocowy w Victorii.

Zdjęcie poniżej przedstawia widok z naszego apartamentu na Mahe. Za dnia i nocą był WOW.


Praslin – druga co do wielkości wyspa Seszeli – z dwoma bajkowym plażami Anse Lazio i Anse Georgette – nam jako nielicznym udało się przejść przez dżunglę z jednej plaży na drugą i zajęło to około 1,5 godziny – dystans 3 kilometry :) – właściciel hotelu gdzie się zatrzymaliśmy uznał to za najszybsze przejście o jakim słyszał.

Poniżej widok z naszej chatki.

Trasa przez dżunglę między dwoma najpiękniejszymi plażami tej wyspy była miejscami sporym wyzwaniem. Na zdjęciach te bardziej lekkie etapy, gdzie nie trzeba było walczyć o przetrwanie.

Dla takich widoków naprawdę warto było wpinać się w tych laczkach.


La Digue – trzecia wyspa Seszeli oferująca wypoczynek na najpiękniejszych plażach tego świata, plażach gdzie przez cały dzień możecie nie spotkać żywej duszy, a widoki sprawią, że złożycie wniosek o obywatelstwo tego kraju.

Do kilku plaż wyspy La Digue dostęp jest prosto z drogi, do innych trzeba przedzierać się przez busz, ale trasy są lekkie i przyjemne, bez trudnych momentów.

Na kilku plażach stoiska w mniej lub bardziej zgodny z zasadami BHP i Sanepidem warunkach serwowały soczki i przekąski prosto z drzewa…

Wiele ogromnych plaż pozwalało na spędzenie czasu niemal w samotności…czasami ktoś przechodził, czasami rozłożył się obok na chwilę.

Pewnego dnia nawet ślub na plaży spotkaliśmy. Ze względu na pogodę extremalna sprawa to była, ale na pewno młodzi będą mieli co wspominać :)

Woda zmienia swój kolor na mniej bajeczny, gdy tylko zachodzi słońce…ale na Seszelach słońce opala również przez chmury i pozwala na bardzo komfortowy wypoczynek.

Snurkowanie to jedna z atrakcji Seszeli…kiedyś była. Po tym jak w 2015 roku huragan zniszczył 90% rafy, to mało jej do pooglądania została, ale za to ciekawe rybki i małe rekiny na wyciągnięcie dłoni nie przejmują się jej brakiem i z nimi popływać możemy.

Zachody słońca na Seszelach wyjątkowo wyjątkowe…

Plażę którą tu widać mieliśmy tylko dla siebie, przez cały dzień, bez żywej duszy…no były rybki, kraby i inne stworzonka dla towarzystwa.


Jedzenie na Seszelach

Hasłem przewodnim był „Take away” – czyli takie bistra, gdzie jemy na zewnątrz lub zabieramy szamę na chatę, śniadania w miejscach gdzie spaliśmy były dość „owocowe”, w sensie talerz lokalnych owoców plus jakiś tost, może kawałek omleta, ale za to jak trafiliśmy do restauracji przy plaży to podniebienia nam oszalały,  podawali w niej również lody kokosowe, z kokosów rosnących przy restauracji – najlepsze lody wszechświata. Do picia poza wodą polecamy Takamakę – lokalny rum w różnych smakach, Seybrew – ichniejsze piwo oraz cydr z żółwia morskiego – Slow Turtle ;)

W niektórych miejscach można dostać rybę prosto z wody, taką bio.


Transport

Po wylądowaniu na Seszelach otrzymaliśmy do wypełnienia kwitki odnośnie naszego pobytu i stanu zdrowia…ale nikt nie miał długopisu, więc wszyscy czekali na jeden pożyczony od celnika (trwało to tyle, że szybciej było by wrócić do Polski, wypisać wszystko na komputerze, wydrukować i wrócić tam). Następnie załapaliśmy taxi do centrum stolicy, odprawiliśmy bagaże główne w porcie i zwiedzać poszliśmy na pieszo, bo tam wszystko blisko. Między wyspami poruszaliśmy się katamaranem, na wyspie Mahe i Praslin autobusami i na stopa, a La Digue mającą 5 km długości przechodziliśmy wyłącznie na pieszo.

Podróż autobusem wymaga mocnych nerwów.


Na koniec dla najwytrwalszych – Seszelskie niebo nocą

Filled Under : Imprezy